Skip to content
narrow screen wide screen auto screen Increase font size Decrease font size Default font size blue color orange color green color

EKONOMIK-PROFIL sp. z o.o.

Drukuj
Wyprawy kajakowe
Kajakowa pętla solińska w 4 dni

SANY0015Tytuł być może intrygujący, zwłaszcza, że j. Solińskie nie da się opłynąć w taki sposób, by  powrócić do miejsca startu nie zawracając. Intryga polega na tym, że można wybrać miejsce startu i zakończenia spływu odległe od siebie lądem tylko o 6 km. Wykorzystałem to i powstał PLAN.


Dojeżdżamy do ośrodka w Zawozie (dolina Solinki). Wypakowujemy sprzęt i zostawiamy samochód. Jeśli przyjeżdżamy rano, to wypływamy tego samego dnia, jeśli po południu to dnia następnego. Włóczymy się po jeziorze płynąc w kierunku Hrewtu.
W zależności od tego, ile mamy czasu i jaka jest pogoda możemy mieć od 3 do 4 noclegów. Rejs kończymy w ośrodku Rajskie
u ujścia Sanu do j. Solińskiego Stamtąd na piechotę po samochód (ok. 1 godz. 20 min ). Powrót samochodem, pakowanie sprzętu i do domu.


Opis rejsu.
Popływanie po zalewie solińskim marzyło mi się od dawna. Wystarczy spojrzeć na mapę, by zobaczyć bogactwo zatok, zatoczek odnóg i ….dlaczego jeszcze tam nie byłem ?W PORT 21 Zbyszek Klimczak pięknie opisał ten zalew widziany okiem żeglarza. Nie znalazłem jednak nigdzie opisu takiej wyprawy kajakiem. Dlaczego ? Jakiś problem ?Płynąc jachtem śpimy gdzie chcemy. Płynąc kajakiem można rozbić namiocik na polach namiotowych, w wyznaczonych miejscach lub „na dziko”, jeśli zajdzie taka konieczność.I tu jest problem: j. Solińskie ma strome lub pochyłe brzegi i nie nadaje się w 95 % linii brzegowej do biwakowania pod namiotem. Przekonałem się o tym wybierając się sam na majówkę w 2009r. Chciałem rozpocząć rejsik moim Podróżnikiem w Polańczyku w ośrodku Cypel. Po dotarciu na miejsce podjechałem samochodem do najbliżej położonego nad wodą miejsca. Określenie „nad wodą” jest dosłowne: 4m nad lustrem wody. By dojść do wody należy pokonać stromą 4-metrową skarpę. Udało mi się to przy pomocy „przechodniów”, którzy pomogli staszczyć kajak na brzeg. Na brzegu kamienie
i glina (wszędzie jej pełno) i fala. Cudem nie uszkodziłem kajaka, który walił o kamienie, gdy ja pakowałem ekwipunek. Gdy wreszcie odpłynąłem, silny wiatr utrudnił mi skutecznie płynięcie w wybranym kierunku. Musiałem dopłynąć na drugi brzeg i się „przegrupować”. Zapiąłem silniczek-pomocniczek elektryczny, który był moim drugim wioślarzem i…pod wiatr ! Cel: cypel z ośrodkiem Jawor.
Na szczęście na centralnym plosie miałem półwiatr. Wciągnąłem żagielek i dość szybko dotarłem do Jawora. Nie zatrzymałem się, tylko płynąłem dalej by znaleźć miejsce na nocleg. Pogoda się psuła a wiatr ucichł. Dotarłem do wyspy Skalistej i gdy ją mijałem od zatoki Teleśnickiej przywiało nagle (to też urok solińskiego) i ….złamał mi się maszt u podstawy.

Zdjcie012
Koniec żeglugi. Wróciłem za wyspę i tam przy brzegu w ciszy od wiatru ogarniałem straty i zmieniałem plany.Popłynąłem na silniczku i wiosełku do zatoki na wprost wyspy. Znalazłem miejsce mało pochyłe, ale w nieciekawym otoczeniu; zarośniętym i niestety zaśmieconym. Po wyciągnięciu Podróżnika i rozbiciu namiocika mała kolacyjka i spać. Jakby tego było mało, to jeszcze okazało się, że materac przebity, zaczęło lać i mocno wiać, a noc była tak zimna, że z zimna nie mogłem spać. Ranek za to wynagrodził trudy nocy a dwie kawy postawiły do pionu.

SANY0015
O 13 tej byłem na przystani w Polańczyku, a o 15 tej wyjechałem.
Ten rekonesans nie był zachęcający ale wielce pouczajacy i pokazał, że Solina to jezioro górskie z mikroklimatem powodującym pogodę mogącą znacznie się różnić od tej z zapowiedzi meteo. Tu trzeba być przygotowanym na to, że w razie problemów nie można przybić do najbliższego brzegu i schronić się na lądzie.

Po tym wstępie czas na opis „pętli solińskiej”

Dzień pierwszy

Przyjazd do Zawozu do ośrodka „Organiki” Sarzyna z polem namiotowym. Rozpakowaliśmy samochód, postawiliśmy namiot zwiedziliśmy spacerem najbliższą okolicę i to koniec dnia. Wyjeżdżaliśmy z Gliwic po 9-tej, dlatego czas jazdy to ponad 5 godzin. Droga Kraków – Tarnów, którą trzeba jechać aż do skrętu na Sanok, to najbardziej zatłoczona droga obok zakopianki na południu Polski. Jeśli ten odcinek pokonać w godzinach przed 6-tą, to można rozpocząć rejs tego samego dnia. My rozpoczęliśmy dnia następnego.


SANY0019

Dzień drugi

Dojście do brzegu jest tu łagodne, choć błotniste. Po zapakowaniu Podróżnika i zwodowaniu odbiliśmy od brzegu ok. 10-tej. Wiatr był porwisty i niesprzyjający. Z żeglowania nici. Pierwszy odcinek do Wyspy Energetyka (Wyspa Duża) pokonaliśmy na pagajach. Na szczęście j. Solińskie jest wąskie i otoczone górami, co powoduje, że nie ma dużej fali nawet przy silnych wiatrach, które zazwyczaj kręcą. Ułatwia to pływanie tak małą jednostką jak nasza. Naprzeciw promu pierwszy odpoczynek.


Zdjcie029

Można popłynąć w kierunku promu i opłynąć wyspę z lewej strony, ale my popłynęliśmy w kierunku Łokcia. Teraz jezioro skręca o prawie 180 stopni i…wiatr mamy z baksztagu. Można odpocząć od wiosłowania i skoncentrować się na podziwianiu przyrody. Jezioro w tym miejscu tzn od ujścia Solinki do cypla półwyspu Werlas, jest jak rzeka płynąca w kanionie z licznymi wąskim zatoczkami. Do takich zatoczek aż chce się wpłynąć i zatrzymać na chwilę, ale w większości jest stromo a brzegi nie nadają się nawet do tego by wysiąść. Swoją drogą na całym obszarze gminy Solina nie wolno biwakować na dziko. Przyznam, że mimo tego często widziałem biwakujących wędkarzy, ale ci chyba nigdy nie śpią, bo jak tu spać w namiocie, z którego w nocy się „wyjeżdża”.
Liczne zakręty w owej „rzece” zwiększają ciekawość płynącego na zasadzie „ co będzie” za następnym zakrętem ? To jedno z niewielu w Polsce jezioro z takimi „atrakcjami”. Po opłynięciu łokcia mamy bajdewind z lewej burty. Żagielek pracuje, ale..jako wspomaganie. Trzeba wiosłować. W końcu to kanu. Policzyłem, że waga brutto tego „maleństwa” to ok. 300 kg więc 4,5 m2 żagla przy ostrych wiatrach to trochę za mało by obyło się bez wiosełek. W okolicach Polańczyka zaczyna się większy ruch. Pojawiają się żaglówki małe i duże, rowerki wodne, stateczki wycieczkowe i nawet jeden (słownie: jeden) kajak. Gdy wypływamy na ploso centralne, z przepływających stateczków machają do nas wycieczkowicze i błyskają flesze cyfrówek. Czujemy się trochę jak „małpy na wybiegu”. Pewnie nikt tu takiego „cudaka” nie widział. Żeby tylko cukierków nie rzucali. Odruchowo jako żart wpadło mi do głowy, by napisać na żaglu: „nie dokarmiać”, ale w następnej sekundzie, już całkiem serio…. wstawić napis reklamowy naszej firmy. Jak mówią Amerykanie: „nie ważne co piszą, byle nazwiska nie przekręcili”. Jeśli nasz Podróżnik będzie na setkach zdjęć i filmów, które po wakacjach będzie oglądało setki molestowanych nimi członków rodzin i znajomych, to część z nich wejdzie na naszą stronę ekonomik-profil.pl . I o to chodzi.
W trakcie „sesji zdjęciowej” postanawiamy płynąć w kierunku Fiordu Nelsona. Z mapy wynika, że w zatoczce przy Cyplu Ciotki jest miejsce biwakowe. Do stacji WOPR na cyplu płyniemy półwiatrem i „300 kg” samo płynie. Na samym cyplu wieje w dziób na tyle silnie, ze trzeba włączyć silniczek jako trzeciego wioślarza. Przy okazji, gdzieś wyczytałem, że moc przeciętnego wioślarza (nie wyczynowego) wynosi do 200 W (?!). Nasz silniczek na II biegu ma 250 W. Po opłynięciu cypla wiatr zelżał ale i tak trzeba wiosłować. Czas najwyższy znaleźć jakiś kemping lub miejsce dogodne na biwak. W oddali widać przystań. Mamy nadzieje, że coś znajdziemy, bo powrotna droga raczej nie wchodzi w rachubę – będzie ciemno. Jest już po 19-tej. Jest druga połowa czerwca i pogodne niebo więc długo widno, ale czas na odpoczynek. Dopływamy do pomostu, który ma platformę dla wyciągania kajaków więc łatwo będzie wyciągnąć bagaże, ale samej łódki raczej nie. Administrator obiektu ma dla nas nieciekawą wiadomość: tu nie ma możliwości biwakowania. Miejsce oczywiście jest i ludzi nie ma (to jeszcze nie sezon) choć 300m stąd  jest główny deptak Polańczyka, a sama przystań, to ulubiony cel spacerów dla zakochanych „krótko ale mocno” sanatoryjnych par. Nie odpuszczam. Proponuję niewielką opłatę i …zgoda ! Wyglądamy chyba przyjaźnie a i nasz Podróżnik zdecydowanie nam w tym pomaga wiec mamy nie tylko nocleg ale zgodę na ognisko i możliwość skorzystania z drewna, w tym celu zgromadzonego. Jest też drewniana sławojka ( to taki TOY-TOY tyle, ze z drewna). Miejsce przeurocze: płaska (zupełnie płaska) polanka ok. 200 m2 wycięta w pochyłości, wyniesiona ok. 5 m nad wodę z cudnym widokiem na szmaragdową zatoczkę.


SANY0048

Po 22-giej nikt już nie spaceruje a niebo zbryzgane gwiazdami, a księżyc „że w mordę go lać” i to wszystko przy strzelającym ognisku i mojej Danusi. Bajka ! Aż żal spać !

Dzień trzeci

„Rano budzę się śliczny, liryczny i romantyczny” by zacytować fragment tekstu piosenki z Kaberetu Starszych Panów. Pogoda o poranku cudowna, choć prognozy nieciekawe na dziś. Co tam prognozy. Tu jest „własny” klimat. Wczoraj rozmawiałem
z koleżanką, która
w strugach deszczu siedziała na krakowskim rynku, a my smagani wiaterkiem i promieniami slońca płynęliśmy podziwiając bieszczadzkie cuda natury. Nie ma co się przejmować prognozami. Co ma być – będzie. Po zakupach w pobliskim sklepie (jak wspomniałem obok jest deptak z licznymi sklepami, knajpkami itp.) śniadanko z kawą i ..jeszcze jedną kawą, bo zwykle pijamy dwie poranne kawy. Jeśli chodzi o kawę, nie pijamy rozpuszczalnej, bo to nie ten smak i urok. Wozimy z sobą małą kawiarkę-expres i parzymy na małym campingazie normalną, pachnącą kawę. Dla tej odrobiny luksusu warto wozić pół kilograma bagażu wiecej. Kiedy spakowaliśmy się, nagle zza góry wyszła czarna chmura i …pada. Przerwaliśmy załadunek Podróżnika i na werandzie ucięliśmy rozmowę z dzierżawcą przystani, który umożliwił nam nocleg. Dowiedzieliśmy się ciekawych rzeczy o miejscowościach, które tu zostały zalane, zmianach  własnościowych okolicznych ośrodków, które w większości związane były z wojskiem (nie tylko polskim) i milicją. To jednak raczej tematy dla Pani Jaworowicz. Deszcz przestał i po zapakowaniu ruszyliśmy z wiatrem w kierunku zapory
   
Niebo było zasnute a w powietrzu sporo wilgoci choć deszcz nie padał. Nawet w taką pogodę Solina ma swój urok. Za każdym razem gdy płyniemy zastanawiam się, co pod nami było zanim zalała to woda . Wiejskie chaty, drogi, łąki z pasącymi się krowami. Może jakaś szkoła, do której biegły dzieci. Może, gdy wytężyć słuch, usłyszysz dźwięk dzwonu kościelnego? Jeszcze jedna dygresja i opisuję dalej naszą wyprawę. Tyle już powstało „zachęcających” artykułów, książek, filmów i reportaży o Bieszczadach, a tu nadal pusto. Z wyjątkiem Polańczyka. I…bardzo dobrze ! To nie są miejsca dla „hotelarzy”, „all-inclusowiczów” itp. Jestem spokojny: Bieszczad nie zadepczą !
Z prawej strony zapory jest przystań żeglugi i dogodne miejsce ze żwirkiem na palży (a nie błotem) do wylądowania na małe „co-nie-co” . Dana poszła na rekonesans a ja zostałem przy Podróżniku. Zaczęło popadywać. To taki rodzaj deszczyku, co to nie jest duży ale gęsty i ani się obejrzysz a jesteś jak gąbka. Szybko więc wskoczyłem w sztormiak.
Korona zapory to bieszczadzkie Krupówki: stragany, tlum ludzi, i ceny do tego dopasowane. Dana kupiła kapelusz, który odtąd nazywamy country-polańczykiem i już zawsze będzie jej towarzyszył. Przy okazji: kapelusz to najlepsza ochrona na takie wyprawy. Chroni od słońca (daje więcej cienia niż czapka z daszkiem), od deszczu (można rozmawiać przez komórkę, która nie moknie). Same zalety. Polecam.
Ok. 15-tej płyniemy w dalszą drogę w kierunku ośrodka „Jawor”. Wiaterek prawie w dziób więc trochę wiosłujemy, trochę na silniczku. Pada wredny siąpik. Zastanawiam się, gdzie będziemy biwakować. Planowaliśmy w zatoce Teleśnickiej, ale czy tam dopłyniemy o rozsądnej porze ? Kiedy byliśmy za Jaworem dzwoni telefon. Okazuje się, że wypatrzyli nas nasi znajomi, którzy akurat zatrzymali się na nocleg naprzeciw Martwego Lasu. Wzięli Sasankę na te dni weekendu Bożego Ciała by popływać we dwójkę po Solinie. Za 15 min byliśmy przy nich. Zaproponowali nam nocleg w łódce, co ucieszyło nas a szczególnie Danę, która nie przepada za chłodem. Perspektywa nocy w wilgotnym namiociku nie cieszy tak, jak w wygodnej Sasance-Supernowa. Dobrze mieć przyjaciół i tu i tam, a dzięki naszym wyprawom poznajemy naprawdę fajnych ludzi w całej Polsce. Myślałem, że nasza lódeczka jest mało widoczna, ale jednak zwraca uwagę małym trójkątnym żagielkiem. Znajomi tak nas wypatrzyli: „zobacz co to za dziwadło płynie” – powiedział Szymon, wziął lornetkę i roapoznał nas. Mimo siąpika spędzieliśmy miły wieczór przy ognisku pod rozwieszonym na drzewach daszkiem. Ten daszek kupiłem w Decatlonie i jest to niezłe uzupełnienie do naszego namiocika pozwalajace posiedzieć na zewnątrz w razie deszczu.
Zdjcie034

Dzień czwarty

Niedziela. Zmiana dekoracji, jak mawiają Francuzi. Chmury gdzie-niegdzie, wiaterek w tę stroną co trzeba (znowu leniuchowanie). Słowem piękna pogoda od rana. Zjedliśmy wspólne śniadanie z przyjaciółmi, posprzątaliśmy teren, zapakowalismy Podróżnika
i w drogę ! Wpłynęliśmy do pierwszego fiordziku za Martwym Lasem. Użycie określenia „fiord” nie jest zbyt przesadzone, jak na skalę porównawczą: to wąska wcinająca się
w ląd zatoka o stromych brzegach mająca charakter rzeki z meandrami uniemożliwijącymi dostrzeżenie jej końca. Niezwykle urokliwe miejsce. Na końcu fiordziku jest mała polanka i ujście małego potoku. W razie konieczności można tam przenocować. Po zrobieniu kilku zdjęć wracamy i kierujemy się do zatoki Teleśnickiej. Wiaterek nam sprzyja od rana i kwitnie lenistwo. Prawdziwi kajakarze, którzy to czytają są zniesmaczeni z pewnością. Nasz Podróżnik nie jest i nie miał być kajakiem ani nawet kanu w dosłownym tego słowa znaczeniu tylko wodnym wszędołazem.
Do zatoki wpływamy mijając Wyspę Skalistą z prawej burty. Wróciły wspomnienia z wekendu majowego; silny wiatr i złamany maszt . Mam obawy, czy sytuacja się nie powtórzy. Bo oto wiatr wieje „w dziób” i do tego bardzo silny i szkwalisty. Skąd się nagle wziął ? To jakieś zaczarowane miejsce. Sytuacja się pogarsza w miarę wpływania w głąb zatoki w jej lejkowate zwężenie. Podobno w tej zatoce tak już jest. Trzeba uważać. Kajakiem lepiej trzymać się tu blisko brzegów co do zasady ! Walczymy z wiatrm płynąc na wiosłach i czasem włączamy silniczek. Na końcu zatoki jest spokój i po lewej stronie szeroka, prawie płaska - jak na Solinę - polana z miejscami do biwakowania i barem. Bar jest trochę wyniesiony nad zatokę a z jego tarasu na pięterku jest przepiękny widok na zatokę.


Zdjcie037

W takich okolicznosciach przyrody piwo smakuje wyjątkowo. Po takim relaksie czas w dalszą drogę. Teraz mamy wiatr w plecy i możemy podziwiać widoki, na co podczas wpływania nie było czasu. Z lewej burty widać przy brzegu drewniany domek-tratwę. Jest to mieszkanie „Giera” Michała Gircuszkiewicza członka zespołu Dżem i przyjaciela Ryśka Ridla. To właśnie Solina pomogła mu wyjść na prostą. Polecam reportaż o Gieru.

Zdjcie038

Takich zakapiorskich miejsc jest tu wiecej. Gier jest przyjacielem mojego ŚP kolegi z ławy szkolnej (Śl.T.Z.N.) Jurka Kawalca „Kawy”. Może kiedyś wpadnę w odwiedziny? Póki co płyniemy dalej. Pogoda jest wymarzona: słońce, wiatr, ciepło. Z prawej podpływa yachcik aby nas pooglądać, zrobić fotki i krzyknąć: „super sprawa !” . Zawsze się ciepło robi w duszy po takich słowach. Teraz jest ten moment w opisie żeglugi, w którym nie ma co pisać, bo nie znajduje się właściwych a jednocześnie niebanalnych określeń na opisanie tego co się czuje siedząc na wodzie odzielony jedynie plastikową materią przymocowaną do sklejki od tego wspaniałego świata, w którym jesteś zanurzony w sensie filozoficznym i rzeczywistym; wystarczy włożyć dłoń do wody, spojrzeć w błękitne niebo, pociagnąć wzrokiem po zalesionych brzegach. Pewnie wiecie, że plusk wody ma działanie kojące. Dowiedzione jest, że częstotliwość fal dźwiękowych wydawanych przez plusk, szum wody (szum fal na plaży) jest niezwykle korzystna dla synchronizacji człowieka z naturą. To leczy ! No tak, a miało być niebanalnie. No nie da się !
Zbliża się 15-ta, czas na posiłek. Rozglądamy się za jakimś osłonietym od wiatru ale nasłonecznionym miejscem i…jest. Na prawo od Zatoki Victoriniego jest malutkie wcięcie z łagodnym, plażowym brzegiem i małą infrastrukturą biwakową w postaci stoliczka z ławeczkami.



Zdjcie040

Tu zostajemy na pół godziny rozkoszujac się czerwcowym słońcem. Nie chce się stąd wypływać, ale…już kusi widok martwego drzewa wystającego z wody na przeciwległym brzegu. To Drzewo Wisielca. Nie znam pochdzenia tej nazwy, ale drzewo robi wrażenie.


SANY0098

Za Drzewem jest zatoczka a na jej prawym brzegu drewniana chatka. Pewnie opuszczona, ale co to, nagle pojawia się dziwna postać z dużą siwą brodą i macha do nas wyraźnie nas przywołując.


SANY0100

Czytałem, że gdzieś w okilicy Chrewtu mieszkal pustelnik niepolskiego pochodzenia, który zamieszkał nad Soliną odcinajac się od cywilizacji w każdym tego słowa znaczeniu. Może to On ? Później dowiedziałem się, że to właśnie ten Pustelnik. Rzadko „ukazuje” się na widok turystów-zeglarzy-gapowiczów. Dlaczego nam się ukazał? Do tego nas wyraźnie zapraszał. Może popełniłem błąd, że nie skorzystałem z zaproszenia. Kto wie, czy to nie kolejna przysluga Podróżnika w nawiązywania kontaktów i przyjaźni z ludźmi, którzy cenią sobie niebanalność.Trudno, płyniemy dalej. Pomachałem tylko na pożegnanie. Jest w tej częśći jeziora trochę małych fiordzików ale we wszystkie nie wpływamy. Trzeba coś zostawić na następne wyprawy. Ta jest pierwsza i pionierska dla nas.
Za urwistą skałą po lewej stronie otwiera się długa zatoka w kierunku Chrewtu.
Po prawej stronie na wzgórzu liczne zabudowania przważnie domów letniskowych po prawej obozowiska wędkarzy. Wiatr prosto w plecy więc wkrótce dopływamy na koniec zatoki, gdzie po prawej stronie jest pole namiotowe. Pusto; parę przyczep „rezydentów” i ani jednego namiotu. To jeszcze nie sezon. Sanitariaty w opłakanym stanie a do tego zamknięte.
SANY0103

Za to jeszcze, bo to już poźne popołudnie, czynny bar, w którym dostaliśmy pierogi ze śmietaną i piwo. Czerwcowy dzień jest długi a ten na dodatek obdarzony cudowną pogodą, więc pospacerowaliśmy zwiedzająco po okolicy. Uczynny wędkrz, mieszkaniec pobliskiej przyczepy, podłączył do ładowania akumulator. Dobranoc.

Dzień piąty

Nad ranem zjeżdżają się wędkarze. Trochę hałasu ale i tak trzeba wstać, bo dziś koniec wyprawy. Trzeba wplynąć w San pod prąd, którego siły nie znam, wypakować się, pójść po samochód i jakoś pokonać ciasną droge od Tarnowa do Krakowa. Koniec pogody. Zachmurzenie i zaczęlo siąpić. Na szczęście już po zlożeniu namiotu. Po zapakowaniu szukam właściciela pola namiotowego by uiścić, ale żywego ducha ! Na łowisku widać naszego znajomego od akumulatora. Podpływamy by poprosić o przekazanie zapłaty właścicielowi. Nie dość, że nie chciał przyjąć pieniędzy do przekazania, twierdząc, że to jeszcze nie sezon, nie ma za co płacić itd., to jeszcze podarował nam świeżo złowionego karpia. Będzie na kolację. Karp dokończył żywota na pokładzie Podróżnika z pomocą młotka do śledzi (od namiotu). W międzyczasie od zachodu naszło błękitne i po chwili zrobiła się hica z cudownym wiaterkiem z lewej burty. Maszyny stop ! Płynęliśmy na silniczku teraz żeglujemy. Akumulator oszczędzamy na San. Ten odcinek jeziora jest dziki i przez to prze, prze, przeuroczy.
Zbliżamy się do ujscia Sanu. Płycizny ! Nawet nasz Podrożnik szoruje dnem po piasku w niektórych miejscach. Szukamy wśród zarosli właściwego nurtu. Jest ! Trzeba trzymać się prawej strony. Niestety sktęcamy prosto pod wiatr. Zrzucamy żagielek, włączamy silniczek na II bieg i wiosła w dłoń. Koniec żartów. Nurt nie jest zbyt bystry, ale uciągnąć 300 kg  pod prąd i pod wiatr do przystani w Rajskich ( jest za mostem ok. 300m w górę rzeki) to nie przelewki. W końcu docieramy. Przystań jest fachowo usytuowana tzn nie ma tam prądu rzeki. Jest dobry betonowy slip kajakowy. Wyciągneliśmy kanu, Dana patroszy wnętrze z bagaży a ja idę po auto.
Po czterch dniach niechodzenia nogi same niosą. Ciepłe, pachnące powietrze w czerwcowym słońcu. Niech to trwa jak najdlużej ! Jakoś tak w połowie drogi zatrzymuje się samochód, pasażerka otwiera drzwi i pyta, czy ja przpadkiem nie idę po samochód. „Ki djabeł !”- myślę i jakiś niepokój przemknął. Bo niby skąd, że niby jak ! Auto ukradli, zniszczyli ? Co jest ? Okazało się, że państwo byli w Rajskich i rozmawiali z Daną, że my Podróżnikem, że ja teraz  po samochód, a że oni właśnie jadą do Polańczyka to pokojarzyli i zatrzymali się, gdy zobaczyli wędrowca w kapeluszu. No to się zabrałem, a że byli uprzejmi to zawieźli „po drzwi”. Słowo daję, to te góry tak działają na ludzką duszę !

Auto stało na swoim miejscu. Opłaciłem i wróciłem do Rajskich. Bagaże już posortowane, więc pakowanie poszło gładko. W drogę ! Do domu, planować następna wyprawę.
Zdjcie046

Post scriptum

Zauważyliście pewnie, że tytuł opowiadania brzmi „Kajakowa pętla solińska w 4 dni” a tu dni pięć. Zgoda. Jest to jednak do zdrobienia w 4 dni i taki był plan. Wyjazd jednak nastąpił w Boże Ciało (czwartek) czyli dzień wolny, a nie w piątek nad ranem. Po prostu chciało się dłużej pospać i ten dzień potraktować luźno.
 

Polecamy

polecamy





pc adaptacja 2

podr

baner 2

wizytwka

Odwiedza nas

Naszą witrynę przegląda teraz 9 gości